PUCHAR SUD. i NNW

Kolekcja strojów

Zawody

Złote wyprawy PBKZ

Kalendarz wydarzeń

grudzień 2017
P W Ś C Pt S N
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

 Puls Biznesu

puls biznesuZłotoryja, stolica polskiego złota. Okoliczne potoki podobno skrywają go tyle, że wystarczy na zapełnienie fortu Knox. Czy rzeczywiście? Może to bajka dla turystów. Sprawdzimy. Namówiliśmy jednego z poszukiwaczy do współpracy. Miejsce spotkania: przed miejskim basenem w samo południe. Biały citroen berlingo już czeka. Na nasz widok rusza. My za nim.
Wyjeżdżamy z miasteczka. Wkrótce docieramy nad złotonośny potok. Nie wiemy ani jak się nazywa, ani gdzie jest, bo kluczyliśmy po drodze tak, że sami tu nie wrócimy.
— W okolicy złota jest od groma. Na Skrze, pod Nowym Kościołem — mówi Konrad Bryła, wyciągając z bagażnika sprzęt: plastykową miskę z karbowanymi brzegami i szklaną fiolkę na kruszec.
— Plastyk? Czemu nie miedziana?
— A czemu miedziana? Tę przywiozłem z RPA. Tam takimi wypłukują. Typów misek jest tyle, ilu poszukiwaczy. Afrykańskie, z wieloma rowkami, kanadyjskie, które mają mniej rowków, oraz stożkowe. Są też nasze, złotoryjskie, podobne do kanadyjskich, z trzema rowkami. Od biedy to nawet zwykłym wiadrem można płukać — uważa Konrad.
Po kwadransie stoimy po kolana w wodzie z nadzieją, że wyjdziemy z niej bogaci. Zgięci wpół. Nad głowami palące słońce, w dłoniach miski. Jak Chińczycy na polu ryżowym. Nabieramy piasku. I wody do szklanych fiolek, do których wrzucimy znalezione drobinki.
Pierwsze ruchy i wszystko ląduje w wodzie. Jeżeli ktoś sądzi, że wystarczy jak na westernach kręcić miską spiralki, to  złoto zobaczy jedynie na obrazku. Trzeba wykonywać wprawne ruchy, jak Konrad. Szybkie, przy tym delikatne niczym balet. Po kilku minutach z piasku pozostałego na misce wyłuskuje trzy złociste drobinki. Naciska na nie końcem palca, złoto się przykleja, po czym umieszcza je w fiolce trzymanej w ustach.


— Podstawowa zasada: miska cały czas zanurzona w wodzie. Następnie delikatnym ruchem wokół osi zagęszczamy urobek.  Złoto opada na dno. Jednocześnie szerokimi ruchami okrężnymi wymywamy piasek z miski — instruuje Konrad.
— A wraz z nim  złoto.
— Spokojnie, ono zostanie, bo osadzi się na karbach miski. Wymywając, pozbywamy się piasku, i jednocześnie pamiętamy o zagęszczaniu — wyjaśnia Konrad.
Piasku zostaje coraz mniej. W końcu prawie go nie ma. Teraz kolej na półksiężyc.
— Z tego, co zostanie na dnie miski formujemy kształt małego półksiężyca. Żeby ułożyć  złoto w jednym miejscu na misce — tłumaczy Konrad.
Mój półksiężyc przypomina raczej gwiazdozbiór. Kolejne próby. W końcu się udaje.
Delikatnie rozgarniam palcem resztki piasku pozostałego na misce. Konrad patrzy przez ramię. Nic nie widzę, on dostrzega pierwszą drobinkę. Pociera palcem o brodę i przylepia złoty okruch do palca, po czym umieszcza drobinkę w fiolce.
Wiem już, jak wygląda naturalne  złoto. Po chwili dostrzegam kolejną drobinkę. Robię tak samo. Coś jest jednak nie tak, bo moja drobinka za nic do palca nie chce się przykleić.
— Byłoby szybciej, gdybyś się nie golił — rzuca Konrad. — Niektórzy płukacze celowo golą się co drugi dzień, bo pocierając palcem o zarost, łatwo go osuszyć, dzięki czemu drobinki łatwiej się przyklejają.
Jest  złoto. Euforia co najmniej taka, jakby to były grudki czy samorodki. Drobinki ledwo widać w fiolce. Płuczemy jeszcze jakiś czas. Dno fiolki zapełnia się złotymi listkami. Konrad ma dosyć. Słońce praży niemiłosiernie. Pot leje mu się z twarzy jak z fontanny. Z wody wychodzimy obrzydliwie bogaci. O przeżycia i wrażenia. To, co wypłukaliśmy, starczy może na butelkę zimnego piwa.
Konrad płucze od dawna. Ile wypłukał?
— Moja narzeczona chce, żebym ze złota, jakie znajdę, zrobił obrączki ślubne. Wiele nie brakuje — mówi Konrad.
A gdzie się płucze?
— Nikt tego nie powie. Praktycznie wszędzie dookoła, w każdym strumyku. Najwięcej złota jest w Kaczawie. Po powodzi w 1997 r. na tutejszym zalewie wypłukiwało się spore samorodki. Woda wymyła żyły i spływając, pociągnęła kruszec do zalewu. Nieopodal, na Skrze, babka znalazła samorodek wielkości pięciogroszówki — zapewnia Konrad.
Nie tylko tam. W 2001 r. anonimowy poszukiwacz wypłukał z Kaczawy samorodek o wadze 12 g — największy, jaki udało się znaleźć w Polsce. Przy światowym rekordziście wygląda jednak jak okruszek. Największy, znaleziony w kopalniach Nowej Południowej Walii, ważył 236 kg.
W 1996 r. na Dolnym Śląsku wytyczono 33 działki złotonośne (każda około 96 km kw.) Niedawno w pobliskiej Świerzawie Amerykanie wykupili działkę, całą górę, z której wydobywać będą uran i  złoto.

Dla Konrada płukanie to raczej sport niż sposób na życie. Jest jednym z reprezentantów Polski w płukaniu złota. Właśnie w Złotoryi, na terenie ośrodka turystycznego, od kilku lat odbywają się mistrzostwa kraju w płukaniu złota.
— W 2000 r. organizowaliśmy tutaj mistrzostwa świata. Teraz staramy się o organizację mistrzostw w 2011 r. Decyzja zapadnie w sierpniu, na mistrzostwach w Kanadzie — tłumaczy.
Na zawodach każdy startujący stoi w plastykowej płuczni, w wypełnionej wodą balii 150 na 150 cm. Kiedyś stali obok siebie i ziarenka złota przepływały od jednego do drugiego. Obok ma przygotowane wiadro z 20 kg specjalnego piasku. W nim od 5 do 12 drobinek złota wielkości łepka od szpilki. Ile dokładnie, wie tylko sędzia, który je tam wrzucił. Zawodnik musi wypłukać wszystkie w jak najkrótszym czasie. Pominięcie jednej to 5 minut kary, czyli wieczność. Czas się zatrzymuje, gdy zawodnik wypłucze całe  złoto, umieści je w fiolce, wstanie i podniesie opłukaną miskę do góry.
Obecny rekordzista świata, Fin, potrafi z 20 kg kupki piasku wypłukać  złoto w 56 sekund. Konradowi na mistrzostwach Europy zajęło to 4 minuty, a i tak był w czołówce.
— Mój najlepszy czas to 3,40 — dodaje Konrad.
On i jego koledzy z Polskiego Bractwa Kopaczy Złota zdobyli tytuł mistrza świata. W 2001 r. reprezentacja Polski uczestniczyła w mistrzostwach w Australii, skąd przywiozła dwa złote medale, w 2002 r. w Japonii wywalczyła złoty medal w kategorii amatorów. Tadeusz Wasilewicz na mistrzostwach w RPA okazał się najlepszym płukarzem na świecie.
— Ostatnio na mistrzostwach w Austrii wypłukaliśmy mistrzostwo Europy — dorzuca Konrad.

Konrad zaprasza na coś z lodem do siedziby bractwa. Prowadzi przez urokliwe uliczki Złotoryi, z których większość pamięta czasy, gdy podatki płaciło się w dukatach. Mijamy kopalnię złota Aurelia, dawny zakon cystersów, Basztę Kowalską, starą strzelnicę z XVII, przejeżdżamy przez średniowieczny rynek, mijamy wieżę kościelną z jedyną w Polsce biblioteką łańcuchową. Kto przyjedzie tu skuszony wizją znalezienia złota, ale go nie znajdzie, i tak nie będzie się nudził.
Miasto żyło ze złota przez prawie sto lat. W XII w. wydobywano tu od 24 do 48 kg złota rocznie. W 1241 r. kilkuset mieszkańców Złotoryi i okolic, przede wszystkim górników, wzięło udział w bitwie z Mongołami pod Legnicą, większość z nich zginęła w walce. Zakończył się najlepszy okres górnictwa złota.
Wchodzimy do starej kamienicy nieopodal centrum. Wszystko tu pachnie historią, od murów po drewniane skrzypiące schody. Również współczesną. Na poddaszu, w dwóch małych pokoikach, mieści się siedziba bractwa. Jak na organizację, która żyje ze złota, skromnie. Na ścianie zdjęcia Tadeusza Mazowieckiego, Tomasza Nałęcza, a nawet Ewy Wachowicz i Renaty Mauer.
— To członkowie bractwa. Egzamin z płukania złota zdali celująco — mówi Jan Kusek, wielki mistrz bractwa.
Są też biznesmeni. Znani. Jeden z nich ma nawet całkiem sporą kolekcję złotych samorodków, które sam znalazł. Niestety, musi pozostać anonimowy. Stowarzyszenie żyje ze złota. Tego znalezionego, ale głównie z tego, którego nikt jeszcze nie znalazł.
—  Złoto nie lgnie do człowieka, lecz on do niego i na tym głównie zarabiamy — mówi wielki mistrz.
Słowem, na turystach, których wizja złota przyciąga do Złotoryi. Bractwo oprócz mistrzostw organizuje pokazy, szkółki i programy turystyczne. Chętnych nie brakuje, więc płukarze zaczynają myśleć o czymś większym.
— Centrum złota, trochę skansen, trochę wioska tematyczna, przy okazji hotel. Widzieliśmy coś takiego w Australii. Turyści walą tam drzwiami i oknami — zapewnia Kusek.
Członkowie Polskiego Bractwa Kopaczy Złota wydobywają w okolicy Złotoryi blisko pół kilograma złota rocznie. Mają jednego inwestora, szukają jeszcze 15 mln złotych.
— Grunty nad zalewem już wykupiliśmy. To będzie dopiero żyła złota — mówi Kusek.
Bo  złoto jest tam, gdzie go szukamy. I wcale nie trzeba być zuchwałym, żeby je znaleźć.

 

Źródło Puls Biznesu

http://www.pb.pl/1298112,101410,zlote-miasto